Allen w znakomitej formie

24 Lu

W ciągu ostatnich lat, Woody Allen nie pozwolił się nudzić swoim fanom, rokrocznie wydając na świat produkcje o imponującej… nierówności. Po zachwycającym „Wszystko Gra”, pojawił się nie do końca udany „Scoop”. Dwa lata po „Match Point” Allen zdecydował się na kolejny thriller, tym razem jednak dość nudnawy „Sen Kassandry”. W roku 2008 wyreżyserował pozostawiający wielki niedosyt (choć stoję tutaj w opozycji do większości krytyków) „Vicky Christina Barcelona”. Następnie reżyser uraczył publiczność bardzo klasycznym, utrzymanym w „allenowskim” stylu „Co nas kręci co nas podnieca”, który nie był pozbawiony wdzięku choć musiał najwyraźniej nie przypaść do gustu polskim tłumaczom. Rok później w kinach pojawił się „Poznasz przystojnego bruneta”, który okazał się być wielkim rozczarowaniem, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę obecność na ekranie takich osobistości jak Anthony Hopkins czy Naomi Watts. Film jest idealnym przykładem jak wyśmienita obsada niekoniecznie czyni film dobrym, a czasem wręcz może go zepsuć. Z drżącym sercem więc wysłuchiwałam zapowiedzi o kolejnym filmie Allena, wokół którego najwięcej zamieszania zdano się robić z uwagi na występ samej Carly Bruni, co niekoniecznie działało na mnie uspokajająco. Obawiałam się również Owena Willsona, który kojarzył mi się raczej z głupiutkimi amerykańskimi komedyjkami. Okazało się jednak, że moje obawy były całkowicie, szczęśliwie, na wyrost.

„O Północy w Paryżu” opowiada historię grupki Amerykanów przybyłych do Paryża. Wśród nich jest młode narzeczeństwo Gil i Inez oraz rodzice przyszłej panny młodej. Od pierwszych minut filmu wyraźnie zarysowane są różnice poglądowe i osobowościowe pomiędzy Gilem a Inez i jej rodziną. Gil (grany przez Owena Wilsona) to artysta o duszy romantyka, rozkochany w Paryżu, lubujący się w spacerach w deszczu, pracujący nad własną książką i marzący o życiu w szalonych latach 20′ – raju dla artystów. Inez i jej rodzice to z kolei aż do bólu pragmatyczni konserwatyści. Podczas gdy Gil roztacza wizję przeprowadzki do Paryża, gdzie mógłby w sprzyjającej atmosferze skupić się na pisaniu swojej książki, Inez i jej rodzice krytykują absurdalną w ich oczach decyzję o porzuceniu intratnej pracy jako autor scenariuszy w Hollywood. Gil zresztą traktowany jest przez swoją partnerkę z dużą dozą pobłażliwości, Inez woli bowiem idolizować swojego również przybyłego do Paryża znajomego, przemądrzałego i antypatycznego pseudo-intelektualistę Paula.

To właśnie na rzecz tańców z Paulem i jego żoną Inez skazuje swojego narzeczonego na samotny powrót do domu w środku nocy. Nieco wstawiony Gil postanawia wrócić do hotelu pieszo i delektować się nocnymi krajobrazami miasta, jednak szybko gubi się w wąskich uliczkach europejskiej stolicy. Gdy zrezygnowany spoczywa na schodach wejściowych do bliżej nieokreślonego budynku, pod budynek ten podjeżdża stary samochód, z którego młodzi ludzie w szampańskich, imprezowych nastrojach nawołują Gila aby do nich dołączył. Po zaakceptowaniu zaproszenia, Gil szybko orientuje się, że nie tylko samochód i ubrania nowych znajomych są nie z tej epoki, ale również cały świat wokół jest żywcem wyjęty z lat dwudziestych. Okazuje się, że Paryż o północy daje możliwość podróży w czasie, a Gil rozpoczyna fascynującą przygodę, która odmieni jego dotychczasowe życie. Bohater spotyka swoich idoli żyjących w przeszłości, wielkie osobistości sztuki i literatury, jak Pablo Picasso, Salvador Dali (przezabawny Adrien Brody), Hemingway, Gertruda Stein. Rozmowy, jakie z nimi prowadzi są nad wyraz komiczne. Za przykład posłużyć może rozmowa ze spotkanymi surrealistami, którym Gil postanawia zwierzyć się ze swojego pochodzenia (przyszłość) i rozdarcia na dwa światy – nie wzbudza to żadnego zdziwienia u jego rozmówców (przy czym Dali każde swoje zdanie kończy tym, iż widzi nosorożca:)).

Przesłaniem filmu jest jednak lekcja, że nieważne w jakich czasach przyszło nam żyć, marzenie o przeszłości nie jest odpowiedzią na poszukiwane szczęście. Zarówno formuła filmu (podróże w czasie), jak i końcowy morał nie są zbytnio odkrywcze. Allen jednak ubiera swoje najnowsze dzieło w magiczną otoczkę, atmosferę, która dla mnie osobiście przywodziła na myśl literaturę magicznego realizmu (choć filmowi w gruncie rzeczy daleko do tego gatunku), a spacery bohaterów uliczkami Paryża w nocy, przypomniały mi o ulicach Wenecji w „Namiętności” Jeanette Wnterson. Są to jednak wyłącznie moje prywatne odczucać, jednak podkreślić należy, że klimat towarzyszący nocnym podróżom Gila do lat 20stych jest iście senny, podczas gdy wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, aż nazbyt zwyczajne i rzeczywiste.

Przy omawianiu filmu nie można nie wspomnieć o grze aktorskiej samego Wilsona, czyli osoby, której najbardziej się obawiałam (może poza panią Bruni, która notabene ma całkiem spory epizod i wcale nie wypada w nim jakoś rażąco źle). A jest ona fenomenalna. Od pierwszych zdań wypowiedzianych przez głównego protagonistę, człowiek ma wrażenie, że wypowiada je sam Allen. Nie tylko dialogi (które zrozumiale są „allenowskie”, gdyż to on jest autorem scenariusza), ale i wymowa, intonacja, pauzy pomiędzy zdaniami – wszystko to brzmi zupełnie tak jakby wypowiadał je sam Allen. Owen Wilson na 80minut staje się wyższą, młodszą i blond wersją postaci granych oniegdaj przez Woody’ego Allena. I jest to jak najbardziej komplement, gdyż właśnie takie postacie najlepiej sprawdzają się w filmach tegoż  reżysera, i tego też najbardziej mi brakowało w bohaterach „Poznasz przystojnego bruneta”. Ta „allenowska” iskra dodająca życia postaci, którą automatycznie w mgnieniu oka zaczynamy lubić, jednocześnie współczując pewnej dozy nieporadności życiowej. Gra aktorska reszty ekipy również jest bez zarzutu. Rachel McAdams jako Inez jest nad wyraz antypatyczna (zgodnie z założeniem Allena, który miał rzekomo powiedzieć jej: „to nie jest kobieta, której się pożąda”), uwodzicielska, zmysłowa i eteryczna Adriana jest grana przez Marion Cotillard – i jest to właściwie wszystko co wystarczy o niej powiedzieć, francuska aktorka jak zwykle jest hipnotyzująca i czarująca, a Hemingway i Dali w wykonaniu Corey’a Stolla i Brody’ego to czyste perełki, przy czym moim faworytem pozostaje niezmiennie ten drugi.

Na koniec, jako swoistą rekomendację filmu, dodam, że nigdy nie fascynował mnie specjalnie Paryż, zdecydowanie bardziej ciągnie mnie w stronę takich miast jak Tokio czy Seoul, jednakoż po obejrzeniu „O północy w Paryżu” z chęcią wybrałabym się na wycieczkę do Francji.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: