Vanishing on 7th Street

24 Lu

FILM Pewnego wieczora w Detroit ma miejsce wielka awaria prądu. We wszechogarniających ciemnościach znikają ludzie, zostawiając po sobie opustoszałe budynki, porzucone samochody i porozrzucane ubrania. Nazajutrz miasto wygląda na całkowicie wymarłe. Bezczelny prezenter telewizyjny Luke (Hayden Christensen), zrozpaczona poszukująca dziecka Rosemary (Thandie Newton) i pracownik kina w centrum handlowym Paul (John Leguizamo) znajdują schronienie przed ciemnością w barze, którym opiekuje się młody chłopak czekający na powrót matki, James (debiutujący na dużym ekranie 14-letni Jacob Latimore). Ich jedyną szansą na przetrwanie jest unikać ciemności, tymczasem dzień staje się coraz krótszy a źródła światła są na wyczerpaniu…

Film opiera się na niezwykle popularnej ostatnimi czasy formule: garstka ludzi/jeden wybraniec ostaje przy życiu, podczas gdy reszta populacji została zjedzona/popełniła samobójstwo/zamieniła się w zombie. Podobną tematykę w ostatnich latach poruszały Zdarzenie, 28 dni później, Jestem Legendą (wersja z psem) czy Świt Żywych Trupów. Tym razem jednak producenci postawili na nowy element straszący widza – zamiast wygłodniałych zombie i śmiercionośnych roślin, źródłem zagrożenia jest ciemność. Pomysł iście przerażający bo przed ciemnością nie sposób się ukryć, zabarykadowawszy drzwi i zamknąwszy okna.

Vanishing on 7th Street rzeczywiście przeraża. Najbardziej marną fabułą. Obraz pełen jest nielogiczności i naciągań, na które nawet przy najszczerszych chęciach ciężko jest przymknąć oko. Przykładowo, dlaczego nikomu do głowy nie przyszło palenie ognisk? Twórcy filmu jako wybawienie pokazują energię słoneczną, zupełnie zapominając o tak oczywistym źródle światła jak ogień. Już właściwie w pierwszych minutach filmu widzimy człowieka, który biegnie z zapalniczką – logicznym wydaje się rozpalenie ogniska zamiast wymachiwanie płomieniem, służącym w tym wypadku za żarówkę. Głupota bohaterów aż razi, mimo iż naprawdę starałam się tłumaczyć ich irracjonalne zachowania szokiem wywołanym ekstremalną sytuacją, w której się znaleźli.

Rażący jest także na siłę, pokracznie zbudowany wątek pseudo-romansu między rannym pracownikiem kina a panią fizjoterapeutką, przy którym nawet gra Haydena Christensena wypada bardzo głęboko i autentycznie. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że film pretenduje do bycia czymś więcej niż jest. Egzystencjalne kwestie wypowiadane przez bohaterów o naturze ich istnienia oraz ciągle powtarzane, dobiegające z ciemności (chodź całkiem klimatyczne) słowa „I exist” (Istnieję) zamiast skłaniać do refleksji, po prostu irytują zważywszy na poziom treści reszty filmu.

Mimo wszystko produkcji nie zaliczałabym do całkowitych porażek, gdyż jako film grozy udaje mu się obronić w kilku aspektach. Zdecydowaną siłą obrazu Brada Andersona, jest to, iż bazuje on na jednym z najpierwotniejszych lęków ludzkości – strachu przed ciemnością. W przeciwieństwie do niebezpieczeństwa w postaci najeźdźców z kosmosu, czy warczących zombiaków, które łatwo jest odrzucić jako fikcyjne – lęk przed ciemnością jest czymś czego doświadczył każdy z nas, przynajmniej w dzieciństwie.

Jako horror, obraz broni się także klimatem, co zresztą nie jest niespodzianką, biorąc pod uwagę osobę reżysera – twórcę świetnego The Machinist, jest zatem mrocznie i tajemniczo. Duża w tym zasługa oprawy dźwiękowej a szczególnie ciągłych szeptów dobiegających z ciemności, które towarzyszą widzowi i bohaterom, stwarzając wrażanie ciągłego osaczenia. Brak materializacji wroga do postaci potwora, czy wygłodniałej hordy zombi i skoncentrowanie się na bardziej nienamacalnym zagrożeniu przypadnie do gustu zwolennikom tajemniczych filmów grozy, gdzie widz straszony jest atmosferą, a nie fruwającymi rozczłonkowanymi ciałami.

Reasumując, Vanishing on 7th Street to marnie napisany klimatyczny film, który poleciłabym BARDZO CIERPLIWYM osobom, lubiącym atmosferyczne horrory. Jeżeli jesteście w stanie przeboleć niedociągnięcia scenariusza i irytujących protagonistów w imię tajemniczego klimatu, zachęcam do seansu. Obowiązkowo w nocy, przy zgaszonym świetle i w otaczających ciemnościach.

P.S. Jest to bodajże najlepiej zagrany film Haydena Christensena (obok epizodu w Factory Girl) w jego karierze. Przystojnemu Anakinowi Skywalkerowi wyraźnie służy ciemna strona mocy i granie postaci ambiwalentnych, nie do końca pozytywnych. Oby tak dalej, może kiedyś zostanie prawdziwym aktorem;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: