Dziesiątka najlepszych horrorów – część pierwsza (1-5)

6 Mar

Jako wielbicielka horrorów i osoba uzależniona od prowadzenia prywatnych rankingów moich ulubionych rzeczy nie byłabym sobą gdybym nie próbowała uporządkować swoich ulubionych filmów grozy. Tak oto powstał niniejszy Top 10 Najlepszych Horrorów (oczywiście tylko i wyłącznie bazujący na prywatnych odczuciach autorki):

Top 10 Najlepszych Horrorów (miejsca 1-5):

1. Rosemary’s Baby. (reż. Roman Polański)

Wbrew obiegowej opinii, to nie „Egzorcysta” zapoczątkował w Hollywoodzie modę na horrory o demonicznej tematyce, a właśnie bazujące na książce Iry Levina, arcydzieło kinematografii wyreżyserowane przez Polańskiego. O znakomitości tego dzieła świadczyć może chociażby fakt, iż we współczesnym Tinsletown, owładniętym manią kręcenia przeróbek, porzucono pracę nad remakiem, gdyż ekipa zgodnie stwierdziła, że nigdy nie uda im się pobić pierwowzoru.
Dlaczego jednak film, który przez wielu odczytywany jest jako thriller psychologiczny znalazł się na pierwszym miejscu listy najlepszych horrorów? Cóż, odpowiedź jest oczywista: gdyż jest piekielnie przerażający! Nie wiem czemu winniśmy podziękowania – genialnej grze Ruth Gordon i Sydneya Blackmera w rolach diabelskich, groteskowo wesolutkich sąsiadów, operowania przestrzenią przez Polańskiego, który tworzy klaustrofobiczną atmosferę bycia w potrzasku, czy niesamowitej muzyce Krzysztofa Komedy, która sama w sobie potrafi przyprawić człowieka o koszmary nocne. Wszystko to bowiem składa się na panujący w całym filmie klimat ciągłego zagrożenia, z którego nie sposób się otrząsnąć nie przerywając seansu.

2. In the Mouth of Madness. (reż. John Carpenter)
John Carpenter to twórca horrorowi bardzo zasłużony. To on wyreżyserował remake „The Thing from Another World” i uczynił ze swojego filmu absolutny klasyk kina grozy. Również John Carpenter był tym, który na srebrny ekran przeniósł historię Stephena Kinga o zabójczym samochodzie Christine. To on wreszcie wyreżyserował jeden z najpopularniejszych slasherów w historii kina, „Halloween”. Żaden z tych filmów jednak nie znalazł się na powyższej liście. Dlaczego? Kwestia osobistych preferencji oraz poniekąd chęć przybliżenia szerszej publiczności mniej znanych dzieł Carpentera.
Znajdujący się na drugim miejscu „In the Mouth of Madness” wpadł w moje mack…err…ręce dość przypadkowo. Nie miałam absolutnego pojęcia o czym jest film, a co z tym związane również żadnych oczekiwań. Tym większe było zatem moje zaskoczenie, gdy okazało się, że obejrzany przeze mnie film nie tylko jest wyreżyserowany przez weterana horroru, gra w nim Sam Neil, ale co więcej, jest obrazem utrzymanym w iście Lovecraftowskim klimacie. Ktokolwiek, komu proza Lovecrafta nie jest obca zdaje sobie sprawę jak specyficzną atmosferę kreował mistrz grozy. Filmowcy nie podejmują się ekranizacji Lovecrafta za często, a jeśli już to robią to zazwyczaj niestety wydają na świat potworki, które w niczym nie dorównują Lovecraftowskim opowieściom. Mimo, iż film Carpentera nie jest adaptacją żadnego z opowiadań H.P. Lovecrafta, reżyser przyznał, że chciał stworzyć dzieło, w którym „czuć” by było legendarnym prozaikiem. Na szczęście wszystkich (i widzów, i Carpentera i samego Lovecrafta), to karkołomne wyzwanie zakończyło się sukcesem.

3. Prince of Darkness (reż. John Carpenter)

.

Kolejnym filmem na liście wyreżyserowanym przez Johna Carpentera jest „Prince of Darkness” („Książę Ciemności” – czy to moje prywatne odczucia czy niegdysiejsze tłumaczenia tytułów filmów były bardziej adekwatne niż dzisiejsze?:P). O ile „In the Mouth of Madness” cieszy się stonowaną popularnością wskutek jego seansów w tv oraz zainteresowaniu fanów Lovecrafta, „Prince of Darkness” jest obrazem właściwie całkowicie zapomnianym. Szkoda to wielka, gdyż jest to zdecydowanie jeden z najoryginalniejszych i najstraszniejszych horrorów jakie dane mi było obejrzeć. Historia skupia się na garstce studentów, która pod wodzą swoje profesora i na prośbę miejscowego księdza przybyła do niewielkiego kościółka, skrywającego wielką i przerażającą tajemnicę. W podziemiach budynku odnaleziono bowiem dziwny pojemnik z nieznanego pochodzenia cieczo-podobną substancją… Bohaterowie próbując zbadać naturę substancji otwierają drzwi złu, które na zawsze miało pozostać uśpione… Oprócz intrygującej fabuły, silnym punktem filmu jest także świetna, budząca grozę muzyka, w której palce maczał (nie po raz pierwszy z resztą w przypadku swoich filmów) sam Carpenter.

4. Event Horizon. (reż. Paul W. S. Anderson)
Horrory sci-fi to bardzo śliski grunt. Łatwo popaść w przesadę i nakręcić film o ataku zmutowanych marchewek. A jeśli film osadzony jest w kosmosie to automatycznie spada jego potencjał straszący – czyż nie łatwiej jest bać się ducha, który może wypełznąć z telewizora lub psychotycznego mordercy, który w każdej chwili może uciec z pobliskiego wariatkowa i zapukać do naszego okna niż zagrożenia, które (nawet jeżeli rzeczywiście) zabija ludzi lata świetlne od naszego ciepłego domowego azylu? Sposobem na przybliżenie widzom sytuacji bohaterów może być umieszczenie ich na inteligentnym statku kosmicznym, który odczytuje i materializuje największe ludzkie lęki. I choć pomysł od czasów „Solaris” nie jest niczym nowym, zaskakująco dobrze straszy w „Ukrytym Wymiarze”. Oczywiście fakt, że statek ma wygląd posępnego krucyfiksu i właśnie pojawił się znikąd po 7-letnim zaginięciu w przestrzeni kosmicznej również pomaga atmosferze grozy i całemu filmowi.
Sam Neil również pomaga 🙂

5. Uzumaki. (reż. Higuchinsky)
Wyobraźcie sobie, że David Lynch nakręcił film w sobie charakterystycznym rodzaju, z tą tylko różnicą, że jego surrealizm musiał dostosować do gustów Japończyków, którzy, jak wiadomo, są specami od najróżniejszych dziwactw. Wyobraźcie sobie horror, będący adaptacją japońskiego komiksu, którego historia skupia się na… spiralach. Spiralach, które atakują niewielką mieścinę w Japonii, doprowadzają jej mieszkańców do obłędu, powodują nienaturalne tajfuny, wykręcają ludzkie ciało pod nienaturalnymi kątami, a co poniektórych zmieniają w gigantyczne ślimaki. Wyobraźcie sobie najdziwniejszy horror jaki tylko potraficie, a później usiądźcie przed ekranem, włączcie „Uzumaki” i przygotujcie się na wrażenia, które przebiją wszystko to co sobie wyobraziliście. Takim mniej więcej obrazem jest „Uzumaki”. (Więcej o filmie pisałam tutaj.)

„Spirala” nie jest horrorem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jest natomiast filmem o bardzo niepokojącej atmosferze, sprawiającym, że widz oglądając go czuje się dziwnie nieswojo… zafascynowany… jakby wciągnięty… przez tytułowy wir… 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: