Poznasz przystojnego bruneta

6 Maj

Podejmując się napisania niniejszej recenzji, nie byłam w pełni świadoma, z jak trudnym zadaniem przyjdzie jej się zmierzyć. Z jednej strony ciężko filmowi Allena odmówić adekwatności życiowej i kilku zabawnych dialogów. Z drugiej strony, obiecując sobie wiele po samym nazwisku reżysera i imponującej obsadzie, doświadczyłam srogiego rozczarowania.

Poznasz przystojnego bruneta” to przedostatni z filmów Woody’ego Allena – twórcy, którego nazwisko-marka jest swego rodzaju gwarantem samym w sobie świetnej rozrywki na poziomie. Przez lata Allenowi udało się ukształtować charakterystyczny styl jego produkcji, które, raz w lżejszym, raz w poważniejszym tonie, komentują otaczający nas świat. Allen nie sięga w swoich filmach po efekty specjalne, na próżno szukać w nich scen pościgów samochodowych czy strzelanin. Również ludzie przedstawiani przez Allena, choć prawie zawsze neurotyczni, zakompleksieni, przeżywający kryzys osobowości i wymagający pomocy terapeuty, nie są protagonistami szczególnie ekscytującymi. Niemniej jednak, Allenowi zawsze udaje się w porywający sposób, z dużą dawką sarkazmu i ironii, opowiedzieć historię życia swych bohaterów-nieudaczników.

Prawie zawsze.

Bohaterami filmu są tradycyjnie postaci zmagające się z życiowym kryzysem. Mamy Helenę, naiwną, niestroniącą od alkoholu starszą panią, którą porzucił mąż – Alfie. Helena, jako rodzaj terapii psychologicznej, uczęszcza na spotkania z wróżką-naciągaczką, która karmi nieszczęsną Heleną bzdurami o przeznaczeniu, miłości i poprzednich wcieleniach, które staruszka łyka równie chętnie jak procenty. Mąż Heleny Alfie, przechodzi coś na kształt spóźnionego kryzysu wieku średniego, którego owocem jest obsesja pozostania młodym. Helena, niezbyt chętnie towarzysząca mężowi w pogoni za utraconą młodością, okazuje się być zbyt skutecznym upomnieniem o starości, toteż Alfie postanawia ją rzucić. Przy okazji wybielając sobie zęby, fundując opaleniznę z solarium i nowy samochód. Helena, po rozstaniu z mężem, staje się „oficjalną udręką” swojej córki Sally, która to z kolei tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie z mężem nierobem (czyt. niespełnionym artystą). Roy, czyli ów artysta, zakompleksiony pisarzyna, siedzi w domu zmagając się z napisaniem książki i skutecznie odpędzając od siebie wszelkie możliwości zarobku. W związku z tym, para siedzi na garnuszku Heleny, którą z zięciem łączą stereotypowe relacje teściowa-zięć, oparte na wzajemnej pogardzie i niechęci. Dorzućmy do tego klasyczną obcesową i mało rozgarniętą blondi Charmaine, w której zakochuje się Alfie, borykającego się z problemami małżeńskimi przystojnego szefa Sally i piękną nieznajomą, do której Roy wzdycha przez okno, a otrzymujemy mieszanką iście wybuchową. Niestety, tylko w teorii.

Mimo całej plejady gwiazd, można odnieść wrażenie, że aktorzy nie odnaleźli się ani w konwencji ani w swoim wzajemnym towarzystwie. Bardzo skądinąd przeze mnie ceniona i lubiana, Naomi Watts, zabawniejsza była już w The Ring. Brak również jakiejkolwiek „chemii” między nią a Antonio Banderasem, którego gra z kolei jest aż nadto przerysowana i nijak nie przystaje do reszty bohaterów. Największym niewypałem okazuje się jednak Anthony Hopkins, którego rola miała niesamowity potencjał komediowy, niestety zupełnie niewykorzystany przez zdobywcę Oscara. Można odnieść wrażenie, że Sir Hopkins za bardzo się stara wpleść w swoją rolę dramaturgię, wyglądając przy tym w niektórych ujęciach bardziej jak Hanibal Lecter niż żałosny dziadek, żeniący się z prostytutką i mający problemy z erekcją. Jasnym punktem filmu jest Gemma Jones, która w lekki i zabawny sposób wciela się w rolę Helen (Allenowi z resztą zawsze najlepiej wychodziły postaci matek, nękających swoje dorosłe dzieci), oraz… Freida Pinto, której rola co prawda ogranicza się do wyglądania pięknie i bycia czarującą, jednak na tym polu brązowooka piękność nie rozczarowuje. Niestety, brawurowa gra jednej aktorki, w połączeniu z urodą drugiej i kilkoma zabawnymi dialogami to za mało aby udźwignąć cały film.

Tym co zawsze urzekało mnie w komediach kręconych przez Allena była prześmiewczość, z jaką przedstawiano ludzkie problemy. Nieważne z jak poważnym dylematem życiowym borykali się bohaterowie, ich twarze w chwili największego kryzysu zdawały się wyrażać ponurą akceptacją kolejnego lania od życia w myśl zasady „dowal mi jeszcze” połączoną ze szczerym zdziwieniem godnym największego idioty. W „Poznasz przystojnego bruneta”, emocje postaci Alfiego są zbyt przekonujące. Gniew i zawód zagrane przez Anthony’ego Hopkinsa aż rezonują z ekranu. Można by rzecz, wspaniały koncert wybornego aktorstwa, gdyby nie poczucie, że takie aktorstwo tutaj po prostu nie pasuje.

Oglądając film, nie doświadczamy uczucia towarzyszenia szarżującemu mistrzowi w jego maestrii. Wręcz przeciwnie, widz ma wrażenie obcowania ze średnio udanym naśladownictwem w wykonaniu fana. Ocena filmu jest niezwykle trudna. Obiektywnie, „Poznasz przystojnego bruneta” nie jest bardzo złym filmem. Szkopuł tkwi w tym, że ciężko jest go komukolwiek polecić. Fani twórczości Allena, znający jego wcześniejsze, bazujące na podobnej formule, a znacznie lepsze filmy, będą zawiedzeni podobnie jak ja. Z kolei polecać obraz widzom, którzy dopiero planują zapoznanie się z kinematografią Woody’ego Allena jest pozbawione jakichkolwiek podstaw, gdyż Allen ma na swoim koncie wiele innych, bardziej reprezentatywnych produkcji.

Reklamy

Komentarze 2 to “Poznasz przystojnego bruneta”

  1. carla410 Czerwiec 29, 2012 @ 9:11 pm #

    hm, ciekawe, oglądałam wiele obrazów Allena, tego nie miałam okazji, więc jestem trochę zszokowana tą lekką negatywną opinią… ale mam nadzieję, że będę miała okazję sama się przekonać i ocenić film 🙂 Pozdrawiam.

    • according2anna Lipiec 2, 2012 @ 6:24 pm #

      Może się powtórzę, ale dla mnie ten film był naprawdę wielkim rozczarowaniem… Oglądając filmy Allena mogę poniekąd zaspokoić swoją chęć dobrej zabawy i próżność jednocześnie:P (bo przecież oglądam coś inteligentnego;)), a ten film nie sprawiał wrażenia szczególnie mądrego i nie zapewniał rozrywki. Było to dla mnie szczególnie smutne, bo wiele sobie obiecywałam po, bądź co bądź, imponującej obsadzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: